to tutaj NIECIEKAWA 2.0

Kontynuacja NIECIEKAWEJ wypowiedzi z poprzedniego njusa:

„Zacząłem dzwonić do kolegów z BOR w Katyniu. Jeden nie odbiera, drugi nie odbiera. Dodzwoniłem się do mojej żony, która była w Katyniu i grzała się w samochodzie telewizji polskiej. „Nie daj po sobie poznać, spadła tutka, chyba nikt nie przeżył. Znajdź mi kogoś od nas, bo nie mogę się dodzwonić”. Potem okazało się, że wszystkie nasze połączenia z tego czasu, z tego miejsca zniknęły z telefonów, zostały wymazane. Nie wiem dlaczego, ani przez kogo. ( NIECIEKAWE!!!)

Żona wyszła z samochodu, dziennikarze pytają: „Wylądowali już?”. „Tak, chyba tak”. Nie chciała nic mówić. Spotkała funkcjonariusza BOR, dała mu telefon. Mówię mu: „Słuchaj, spadła tutka”. Stoimy przy niej, nie wygląda, żeby ktoś przeżył. Rosjanie twierdzą, że na pewno nie. Pakujcie się do samochodu i przyjeżdżajcie natychmiast na lotnisko. Tam jest broń naszych, ktoś musi od nas być, bo Rosjanie już ogradzają teren”. „Ale tu mamy sprzęt, rzeczy…” – protestuje kolega. Mówię: „Zrozum. Tam do was już nikt nie przyjedzie”.

Podszedł do nas ubłocony i umorusany gubernator Smoleńska z ludźmi z OMONu (jednostka specjalna rosyjskiej milicji). Poprosił o listę pasażerów. Zadzwoniliśmy do Warszawy i poprosiliśmy o zweryfikowanie, kto faktycznie leciał, a kto nie. Była zmiana dwóch, trzech nazwisk. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że choć na liście nie figurowała, na pokładzie była żona mojego dobrego kolegi, Agnieszka Węcławek. Miała lecieć jakiem, ale zamieniły się z koleżanką na Okęciu. ( co ciekawe w innym zeznaniu/wywiadze ta „wymieniona” kolezanka, wydaje mi sie, ze nie przypomina sobie tej wymiany…ale to tez NIECIEKAWE)

Omon zaczął zabezpieczać teren. A my staliśmy przy szczątkach dogasającego ogona naszej „tutki”. Ciągle czuć było mocny zapach paliwa. Podeszło do nas pięciu omonowców. Zaczęli krzyczeć, że trzeba opuścić teren, bo będą go zabezpieczać. Chcieli nas przegonić, zaczęła się szarpanina. Rozumiem, że mieli rozkaz usunięcia wszystkich z miejsca katastrofy, ale to było przykre. Tacy służbiści. „To nasz samolot spadł, a nie wasz!” — krzyknąłem. „Zostaw, zostaw” — jakiś wyższy stopniem uspokoił agresywnego Rosjanina. Dopiero wtedy odpuścili i odeszli. Teren otoczono taśmą. Widziałem, że na miejscu są już koledzy, którzy przyjechali z Katynia. Nie było sensu dłużej tam stać. Nic nie mogliśmy już zrobić. Prosto z lotniska pojechaliśmy z panem ambasadorem do Katynia na mszę.”